Kawałek Holandii pod Ciechocinkiem. O historii kujawskich mennonitów

Na przełomie XVI i XVII pojawili się w dolinie Wisły przybysze z dalekich stron. Powodem ich emigracji z Niderlandów, Fryzji i Nadrenii były prześladowania na tle religijnym.

Nowi osadnicy byli mennonitami. Nazwa ta pochodzi od Menno Simmonsa, przywódcy grupy stanowiącej odłam anabaptystów. Mennonici odrzucają całkowicie chrzest dzieci, które po urodzeniu otrzymują jedynie imię, wprowadzają natomiast chrzest dorosłych w formie pokropienia lub zanurzenia, uznają również Eucharystię. Wzbraniają się przed obejmowaniem urzędów, służbą wojskową i przysięgą.

Olęderska izolacja

Mennonici zapoczątkowali jedną z form osadnictwa na ziemiach polskich, zwanego „olenderskim”. Byli bardzo sumienni, uczciwi i pracowici. Nie sprzeciwiali się postępowi, ale odrzucali zbędne uciechy życia. Przyjęli rygorystyczną etykę. Nie wolno im było nawet tańczyć! Ascetyczny tryb życia ujawniał się również w bardzo skromnych strojach czarnego koloru.

Stanowili grupę społeczną, którą cechowała duża solidarność. Szczególną wartość stanowiła dla nich rodzina. Jej głową był ojciec, któremu posłuszeństwo okazywały nawet dorosłe dzieci. Izolowali się od otoczenia, zachowując własną tożsamość kulturową i tradycję. Życie koncentrowało się wokół szkoły, która nierzadko spełniała też funkcję domu modlitwy.

Nie tylko Holendrzy

W XIX w. zaczęli przenosić się do Rosji i Ameryki. Kresem istnienia wspólnot mennonickich w Polsce była druga wojna światowa. Dodać należy, że nowe osadnictwo nie było jednolite pod względem wyznaniowym, oprócz mennonitów byli też luteranie, kalwini oraz wyznawcy innych odłamów protestantyzmu.

Chociaż pierwotnie termin „holender” czy „olęder” oznaczał narodowość, w okresie późniejszym (XVII-XVIII w.) zmienił swój zakres, oznaczając przede wszystkim człowieka wolnego, dzierżawiącego na prawie emfiteutycznym podmokłe, nizinne grunty i karczowiska. Wśród kolonistów na prawie holenderskim spotykamy później także Niemców i Polaków. Część etnicznych Holendrów uległa germanizacji.

Olędrzy wokół uzdrowiska

Przybysze z Zachodu prowadzili wzorcowe gospodarstwa. Dzięki umiejętnościom przywiezionym z rodzinnych stron świetnie radzili sobie z osuszaniem podmokłych gruntów, budową systemu kanałów odwadniających bagna, regulacją rzek. Ich pojawienie się w Polsce przypada na okres dążenia szlachty do zwiększenia zysków przez poszerzenie ziem uprawnych drogą wykorzystania nieużytków, osuszania podmokłych terenów i zasiedlania pustek.

Pierwsze osady olenderskie w naszej okolicy powstały w 1598 r. w Otłoczynie, w 1605 r. w Słońsku i ok. 1626 r. w Wołuszewie. Lokacje kolonistów w Słońsku przypadły w okresie dzierżawy Macieja Smoguleckiego i Adama Wieleżyńskiego. Kolejne grupy osadników, wśród których przeważali Niemcy, pojawiły się w XVIII w. i zamieszkały Nowy Słońsk, Siarzewo, Wołuszewo i Nowy Ciechocinek. Dzięki swojej pracowitości i wieloletniemu doświadczeniu koloniści meliorowali podmokłe obszary i przekształcili obszar dolinny w system pól uprawnych i pastwisk. Krajobraz ten przetrwał do dzisiaj wraz z pozostałościami specyficznej olenderskiej drewnianej zabudowy. Warto wspomnieć, że na Słońsku Górnym zachowały się jeszcze jej ślady. Ostatnia drewniana zagroda rzędowa kryta strzechą spłonęła we wrześniu 2016 r.

Pamiątki po osadnikach

Charakterystyczny był układ przestrzenny wsi. Jej zabudowa była rozproszona, kolonijna, z charakterystycznymi układami osadniczymi w typie szeregówek. Domy były budowane na nasypach (terpach), co miało uchronić je przed powodzią. Pola podzielone na pasy prostopadłe do drogi, akcentowanej przez drzewa liściaste o wysokim pokroju, przecinała gęsta sieć kanałów i rowów melioracyjnych, wzdłuż których rosły wierzby. Ślady tego zagospodarowania przestrzennego widoczne są do dzisiaj w Ciechocinku i okolicy. Pozostały też kanały oraz system rowów odwadniających.

Osadnicy mogli pobudować w Słońsku dom modlitwy, szkołę i osobny cmentarz (pozostał do dzisiaj, mocno zniszczony przy ul. Słońsk Górny) dopiero w 1782 r. na nadanych im przez Antoniego Kościelskiego dwóch placach, na nieużytecznych piaskach.

Schludność i bogactwo

Zygmunt Gloger w książce „Dolinami rzek. Opisy podróży wzdłuż Niemna, Wisły, Bugu i Biebrzy” wydanej w 1903 r., którą poprzedziła przedmową Eliza Orzeszkowa, opisał swój pobyt w Ciechocinku i okolicach. Przybył do uzdrowiska parowcem w towarzystwie dwóch turystów. Z przystani zabrał ich wozem niejaki Wojciechowski. Jak pisze Gloger:

„Przejeżdżaliśmy przez kolonie niemieckie, koło domów murowanych, dużych, schludnych, mieszczących się pod jednym dachem z oborą i stodołą. Mijaliśmy pola ogrodzone, konie rosłe i tłuste, krowy z wymionami jak wiadra, ludzi silnie ogorzałych, pochylonych pracą, z wygolonym zarostem. Były to typowe postacie rolników, ale nie Prusaków krwi mieszanej niemiecko-słowiańskiej, lecz czystej rasy saskiej i szwabskiej. Wojciechowski mówił o nich: ‚Śwaby pludry, wanieliki (ewangelicy), ale psiajuchy są bogate, niech ich wszyscy djabli wezmą. Za córkami dają po dziesięć tysięcy talarów posagu gotowego grosza, a koni to tak żałują, że nawet babom do kirchy w niedzielę nie chcą dawać’”.

Ślady przeszłości

Mieszkańcy Słońska, Nowego Ciechocinka, Wołuszewa zaopatrywali restauracje i jadłodajnie kurortu w warzywa, owoce, mleko, jajka i inne produkty. Niektórzy „koloniści” prowadzili pensjonaty.

Wśród ciechocinian żyją potomkowie dawnych osadników, noszący obco brzmiące nazwiska. Zachowały się w dokumentach i na mapach. Wspomina je m. in. Marian Raczyński w książce „Materiały do historii Ciechocinka od zapoczątkowania budowy warzelniów soli do wybuchu Wielkiej Wojny” (Warszawa 1935) oraz Emil Mielke w swojej pracy „Schlonsk, Chronik eines deutschen Dorfes an Weichsel in Mittelpolen” (Dortmund 1972).

Aldona Nocna