Dariusz Stachura: Gala Tenorów jak muzyczne inhalacje

Przez trzy dni mieszkańcy i goście Ciechocinka mogli zasiadać do muzycznej uczty przygotowanej w ramach XIII Wielkiej Gali Tenorów.

W piątek 7 lipca w Parku Zdrojowym odbył się Wielki Turniej Polskich Akademii Muzycznych, w sobotę Gala Tenorów, a w niedzielę Wieczór Gwiazd, podczas którego wykonawcy zaskoczyli publikę nawiązaniami do jazzowych standardów.

Na deskach muszli koncertowej wystąpili m.in. Antonella de Chiara, Alicja Węgorzewska, Romuald Tesarowicz, Mirosław Niewiadomski, Łukasz Gaj, Adam Sobierajski, Mateusz Stachura i Hubert Stachura.

Rozmowa z Dariuszem Stachurą, dyrektorem festiwalu.

Krzysztof Lepczyński: To już trzynasta edycja Wielkiej Gali Tenorów. Zadomowił się pan w Ciechocinku?

Dariusz Stachura: Ciechocinek pokochałem jak dom. Jak moje Brzeziny, jak Łódź, gdzie jestem honorowym obywatelem. Na Łódź mam świetny festiwalowy pomysł, to przecież sprawa honorowa. Nie udało się niestety stworzyć muzycznego wydarzenia w samych Brzezinach, ale i tu mam pomysł, miałoby to inny charakter niż tu, w Ciechocinku.

Jaki charakter ma ciechocińska gala?

– Zawsze trzeba brać pod uwagę potrzeby publiczności. Ciechocinek to muzyka piękna, przyjemna, choć niekoniecznie łatwa. Cała sztuka polega na tym, by nie dać poznać, że jest trudna. Niech ludzie odpoczywają, a nie martwią się, by artysta utwór dokończył, a nie wykończył. Widownia ma przyjść i widzieć, że artysta wykonuje utwór z przyjemnością i z przyjemności, a nie z konieczności.

W Ciechocinku łączy się sacrum wyższej sztuki i profanum większej swobody w reakcji na nią. W operze trzeba się stosownie ubrać, zachować, to usztywnia. Tu, w muszli koncertowej, czuć chyba większą swobodę. Z takimi spontanicznymi reakcjami artyści, których pan zaprasza, nie mają chyba na co dzień możliwości się spotkać.

– Myślę, że tak. Śpiewają w teatrach, filharmoniach, salach koncertowych, gdzie czasem przychodzą ludzie tak ubrani, że tych marek próżno szukać na scenie. Ale to z szacunku dla artystów. A luz i swobodę spotyka się na piknikach muzyki klasycznej, które często organizowane są na Zachodzie. Zresztą my już jesteśmy Zachodem, dlatego takie wydarzenia powinny częściej się odbywać. Luciano Pavarotii i wielu innych, żyjących artystów, brało i bierze udział w takich koncertach. I to jest piękne, bo ludzie chcą odpocząć.

Ciechocinek może nie jest piknikiem, ale każdy przyjeżdża tu, by odetchnąć, by poinhalować się tą cudowną muzyką klasyczną. To nie musi być muzyka operowa, trzeciego dnia mieliśmy jazz, swing i ludzie też świetnie to odbierali.

Reakcje są niesamowite. Widać ogromną potrzebę tej muzyki.

– Kładę nacisk na zróżnicowanie repertuaru. Klasyka jest tak piękna, że ludzie sami proszą mnie, „panie Darku, tego i tego jeszcze nie było”, ale nie da się pokazać wszystkiego w pigułce w trzy wieczory. Staram się więc zmieniać repertuar, jednocześnie dbając o jak najwyższy poziom artystyczny. Co wymaga wysiłku, bo o wiele łatwiej być dyrektorem festiwalu i nie występować na scenie.

Pańska niedyspozycja szalenie rozczarowała publiczność.

– Po raz pierwszy od trzynastu lat nie zdołałem się prześlizgnąć i udawać, że jestem zdrowy. Niestety, być dyrektorem i śpiewać to trudne, by nie powiedzieć – niemożliwe. Sam wolę doskonałość wykazywać na scenie niż w pełnieniu roli organizatora. Choć organizatorem jest właściwie burmistrz Leszek Dzierżewicz, któremu chylę czoła. Mało jest tak wspaniałych, tak wrażliwych na sztukę burmistrzów.

Pierwszego dnia odbył się turniej akademii muzycznych.

– Z niego jestem najbardziej dumny. To są oczywiście młodzi artyści, młodzi adepci sztuki. Są mniej lub bardziej przygotowani do sceny, ale tu nie do końca chodzi o kunszt, a raczej współzawodnictwo między akademiami. To jedyny konkurs w takim kształcie i szansa dla akademii muzycznych, by pokazały się w najlepszej formie.

Pomysłów na wzbogacenie festiwalu zresztą nie brakuje. Chciałbym doczekać takiego momentu finansowego, by stworzyć tu warunki do wystawiania spektakli. Nie chcę mówić jakich, konkurencja nie śpi (śmiech).