Kino „Zdrój”, czyli trzeba przypadku

– Nie było telewizji, bilety nie były drogie. Przykładowo za trzy jajka można było wejść do kina. Za każdym razem sala była pełna – mówi Tadeusz Socha, wieloletni kierownik kina „Zdrój”.

Krzysztof Lepczyński: Jak pan został kierownikiem kina?

Tadeusz Socha: Wówczas w Ciechocinku kino było jeszcze w starym, drewnianym baraku, tam gdzie wybudowano Sanatorium Bankowiec (obecnie Sanatorium Zdrowie – przyp. red.). Jego kierownik prowadził też kino w Aleksandrowie Kujawskim. Filmy przez trzy dni były grane w Ciechocinku i przez trzy dni w Aleksandrowie. Ponieważ w uzdrowisku była dość duża frekwencja, postanowiono te placówki rozdzielić, więc poszukiwano kierownika. I ja się zgłosiłem.

Skąd pomysł, by objąć tę posadę?

– Wie pan, mieszkała tu moja rodzina, ale właściwie to przypadkowa sprawa. Pojechałem do Bydgoszczy, zrobili ze mną wywiad i dostałem ten angaż. To był 1 kwietnia 1952 roku. Kino od razu odżyło. Młody chłopak byłem, miałem 20 lat i mocno się tym wszystkim zająłem.

Kino było raczej podupadłe, ale mieliśmy szeroką taśmę. I jak się w 1955 roku w Wielopolu (obecnie woj. podkarpackie – przyp. red.) na seansie kina objazdowego spalili ludzie, a taśmy były łatwopalne, to nam tę szeroką taśmę w Ciechocinku zabrali i salę zmniejszyli z 240 do 130 miejsc. Strasznie się męczyliśmy. Z uwagi na dużą frekwencję nasz dyrektor, Wierzbicki, był bardzo zainteresowany wybudowaniem nowego kina. Składał do władz różne petycje, w końcu ktoś zaproponował, żeby kino otworzyć w hali targowej. On przyjechał, obejrzeliśmy to, ale za bardzo się na to miejsce nie zgadzali. I wie pan, trzeba przypadku.

Musiała przyjechać Warszawa.

– W Dworku Prezydenckim byli Józef Cyrankiewicz z żoną, Niną Andrycz. On do kina nie chodził, ale Andrycz przyprowadził i ona film oglądała. Wiedzieliśmy, że w Centralnym Zarządzie Kin pojawiła się propozycja, żeby wybudować w Polsce dwa kina. Do wyboru były Krynica Górska i Ciechocinek, z tego mieli wybrać jedno. A ponieważ nam trafiła się ta sprawa z Cyrankiewiczem, dostaliśmy te pieniądze.

Fot. Biuro Promocji

Żona przekonała premiera?

– Najprawdopodobniej, bo nie wiemy właściwie, jak to się stało. Budowa nowego kina ruszyła w 1954 roku i trwała do 1957. Otwarcie zaplanowano na 1 maja, jednak nic z tego nie wyszło. Kino było gotowe, ale brakowało kabla, który miał połączyć stację energetyczną z kinem. Przełożono więc otwarcie na 22 lipca, ale i wtedy się nie udało. W końcu ktoś, kto miał chody w wojsku, do którego należała fabryka kabli w Bydgoszczy, załatwił nam ten przewód. Sama instalacja zajęła raptem kilka dni i 14 września kino udało się otworzyć.

Podobno tam były dantejskie sceny.

– Na samym otwarciu w sobotę pojawili się tylko zaproszeni goście. Przemawiał tam Andryszewski, przewodniczący ówczesnej rady miejskiej, później nasz dyrektor. Kino otworzyli filmem „Człowiek w żelaznej masce”. Amerykańskim. Dla mieszkańców kino otworzyliśmy trzema seansami następnego dnia, w niedzielę. Nie mogłem wejść do budynku, tyle było narodu! Każdy chciał się dostać, pełno milicji. Uszkodzili nam drzwi, wybili szyby. Oczywiście wszyscy filmu pierwszego dnia nie obejrzeli, musieliśmy powtarzać w kolejne dni. Bywało tak, że zaczynaliśmy porannymi seansami dla dzieci z sanatoriów Pionier i Markiewicz, o 11 graliśmy dla pozostałych, ale okazywało się, że została jeszcze grupa, która się nie zmieściła. Więc kolejna projekcja o 13. O 15.15 zaczynaliśmy normalne seanse. Kolejne o 17.30 i 19.45. Za każdym razem sala była pełna, nieprawdopodobna frekwencja.

Z czego to wynikało?

– Nie było telewizji, bilety nie były drogie. Przykładowo za trzy jajka można było wejść do kina. Tyle to kosztowało! Teraz trzeba zapłacić 20 zł.

Trzy mendle.

– Tak się zmieniła cena. Cały czas dostawałem nagrody. Za to, że był porządek, bo u nas był niesamowity porządek. W niektórych kinach gwizdali, brawa bili, krzyczeli. U nas tego nie było.

Pamiętam filmy, które żeśmy grali. „Wejście smoka”, był chyba wczoraj w telewizji. Do kina się nie można było dostać, nie było mowy. Drzwi od wewnątrz pozamykane, klucze tylko do frontowych, tam ludzie, musiałem wchodzić przez okno. „Rio Bravo”. „Krzyżacy”. „Faraon”. To były takie frekwencje, że nie mogliśmy sobie z tym poradzić. Aż doszło do tego, że w kinie były pustki.

Kiedy?

– Jak ruszył drugi program telewizji. Pierwszy program jeszcze nam nie szkodził, ale jak wszedł drugi, frekwencja spadła mocno. Ja pracowałem do 1989 roku. Ostatnie dwa, trzy lata, kiedy wchodziło już wideo, to był bardzo kiepski czas.

Zaczęło się od Cyrankiewicza i Andrycz, czy „Zdrój” odwiedzał jeszcze ktoś znany?

– Ludzi ważnych była kupa, aktorki, aktorzy. Hankę Bielicką z tym wielkim kapeluszem pamiętam jak dzisiaj. Kino miało 21 rzędów, ona zawsze siedziała w dziesiątym. Przychodziła do mnie i mówiła „panie kierowniku, jestem już na wczasach, proszę zawsze o dwa bilety w dziesiątym rzędzie”.

W naszym kinie był nawet na seansie marszałek Związku Radzieckiego Malinowski z rodziną. Przyszedł do mnie pułkownik Gogołek i mówi tak: „proszę pana, przyjechał marszałek Związku Radzieckiego z żoną i dwiema córkami”. A my gramy film „Pułapka miłości”, amerykański. Dozwolony od lat 16. A córki jedna 12, a druga 14 lat. No i pułkownik pyta, że co my zrobimy. Proszę się nie martwić, jakby pan miał jakieś kłopoty, ja wszystko panu załatwię. Pamiętam, poprosił chyba 12 biletów, cztery dla nich i osiem dla obstawy. A obstawa nie siedziała koło niego, tylko w różnych miejscach. Przyjechały trzy samochody, dwie czarne wołgi i jeden duży radziecki ZIŁ. Postawili wartowników z pepeszami. I cały seans pilnowali.

W 1988 roku mieliśmy trzy pokoje pracownicze. I przyjechał do nas człowiek o nazwisku Kraśko, z takim chłopaczkiem, co teraz jest dziennikarzem. Brat jego był sekretarzem Komitetu Centralnego. A on był dyrektorem naczelnym w kinematografii w Warszawie. Mieliśmy akurat przegląd Dni Filmu Polskiego. Była reklama, bo ładnie się reklamowaliśmy, mieliśmy pana Lewandowskiego, który był dekoratorem. I Kraśko do mnie mówi tak po żydowsku, „panie kerowniku, ja pana zabiorę do Warszawy, mnie się pan tu bardzo podoba!”. Ale nie, ja się nie zgodziłem.

W końcu zarządzał pan dwoma kinami.

– Pojawiły się skargi, że do „Zdroju” nie mogą wejść osoby na wózkach. Więc powstała „Miniaturka”. I to był zespół kin, „Zdrój” i „Miniaturka”. Jak odchodziłem na emeryturę, mówią „o, panie Socha, to będzie pana kino. Zapłaci pan za aparaturę i będzie je prowadził”. Ale frekwencja już była słaba, więc się nie zgodziłem. Więc dyrektor uzdrowiska Cedro mówi, że skoro ja idę na emeryturę, a kina wziąć nie chcę, to oni się nim zajmą, bo chcą by dalej działało. Ale mam zostać na pół etatu jako kierownik. I mnie tam przyjął.

W międzyczasie, jak byłem na emeryturze, miałem kolegę, który zajmował się finansami w wojsku. I mówi, „wiesz co, potrzebujemy szefa KO do ośrodka w Pieczyskach”. I ja tam poszedłem. W czerwcu skończyłem pracę w kinie, a w lipcu już byłem w tym ośrodku wojskowym. To był 1989 roku, u nas się przewraca, już się właściwie przewróciło. Na środku ośrodka był maszt, flaga, a na dole z czerwonej cegły wysypana była gwiazda radziecka. Pół ośrodka było oficerów politycznych, bo nie wiedzieli, co z nimi zrobić. Mówię do komendanta, „panie komendancie, ponieważ się zmieniło, ja zrobię czyn społeczny i rozpieprzymy tę gwiazdę”. „Panie, pan nie widzisz, że tu sami polityczni? Daj pan święty spokój!”. Jeszcze się bał (śmiech).