pARTyzant przekracza muzyczne granice [WYWIAD]

O muzycznych eksperymentach, koncertach w Iranie i nowej płycie pARTyzanta „Kenopsja” opowiada Krzysztof Toczko, połowa muzycznego duetu.

„Zdrój Ciechociński”: Czym jest kenopsja?

Krzysztof „Partyzant” Toczko: Kenopsja to niesamowita atmosfera panująca w miejscu pustym, które zwyczajowo jest przepełnione. Można to porównać do pustego stadionu po meczu piłkarskim albo korytarza szkolnego wieczorem. To miejsce zazwyczaj tętni życiem, ale kiedy człowiek jest w nim sam, atmosfera samotności jest przejmująca. Kiedy szukałem nazwy dla jednego z utworów, a zarazem całej płyty, gdzieś kątem ucha usłyszałem o zestawie słów określających nowe zjawiska, nowe emocje. Jednym z nich była kenopsja.

Znajdziemy ją na tym krążku?

– Płyta pełna jest niedopowiedzeń i ciekawostek, których można szukać i w środku, i na okładce. Utwory nie są ułożone przypadkowo, łączy je właśnie kenopsja. Oczywiście, nie jest to złe uczucie, z samotnością można sobie poradzić i płyta dostarcza wielu podpowiedzi, jak to zrobić. Każdy uważny słuchacz odgadnie pomysł, jaki mi przyświecał.

Brałeś udział w wielu muzycznych projektach. Czym jest dla ciebie pARTyzant?

– Zaczynałem w zespole Dżem, z którym współpracuję do dzisiaj. On nauczył mnie najwięcej. Po pierwsze, byłem nastolatkiem i szukałem dopiero pomysłu na życie. Po drugie, to byli ludzie z, moim zdaniem, ciekawym i konsekwentnym poglądem na życie, gdzie ważna jest przyjaźń, szczerość, prawda, gdzie nie ma ściemniania. Ryszard Riedel jest osobowością, która uczy pokory, uczy spojrzenia na życie przez różne problemy, które można przezwyciężyć. Jemu akurat nie udało się pokonać nałogu, ale próbował i dał ludziom dużo fajnych emocji. No i muzyka, blues-rockowa z elementami reggae, które miejscami znaleźć można na płycie pARTyzanta.

Potem była Zdrowa Woda, z którą grałem 15 lat i do dziś przyjaźnię się z jej muzykami. To jest rock’n’roll, szczerość i świetne teksty Marka Modrzejewskiego. Teksty zawsze były dla mnie integralną częścią każdej piosenki, a oba zespoły tekstowo stoją na najwyższym poziomie, co starałem się także przenieść do najnowszego projektu.

pARTyzant jest więc jakąś wypadkową wszystkich dotychczasowych doświadczeń muzycznych. Ale nie tylko moich, bo drugą częścią duetu jest Mikołaj, który słucha innej muzyki niż ja. Niektórych zespołów słuchamy wspólnie, ale on ma inne, młode spojrzenie na muzykę, na sposób działania estradowego. Ten duet nie mógłby istnieć z innym perkusistą. Dzięki temu, że Mikołaj jest taki, a nie inny, i dzięki temu, że jest moim synem, czyli mamy jakieś wspólne fluidy, udało nam się stworzyć projekt pełen eksperymentów i improwizacji. Płytę nagrywaliśmy na żywo, siedząc we dwójkę w studiu. Na krążku słychać więc tę koncertową nutę.

Choć nagrywacie płytę studyjną, nie boicie się improwizować, bawić muzyką. Czy to nie pokazuje, czym ona dla was jest?

– Zdecydowanie tak. Grając koncerty zauważyliśmy, że nasze utwory ewoluują. Z różnych powodów. Bo ludzie reagują tak, a nie inaczej, bo sala brzmi tak, a nie inaczej, bo Mikołajowi urodził się jakiś pomysł albo mi się coś ubzdurało. Niektóre utwory na tej płycie powstały zupełnie spontanicznie, na koncertach. Doszliśmy do wniosku, że skoro tak wygląda nasze granie, spróbujemy je przenieść do studio. Adam Mazurkiewicz, młody, zdolny producent, podpowiedział nam, że jako zespół koncertowy możemy to zrobić w ten sposób.

Dzięki tej formie nagrywania na płycie pojawiło się kilka ciekawostek. Choćby w „Medad ha”, nad którym długo pracowaliśmy, bo grany jest ołówkami na gitarze, po nagraniu na ścieżce usłyszeliśmy obcy, metaliczny dźwięk, który wychwyciły mikrofony. Byliśmy zdruzgotani. A Adam mówi: słuchajcie, czy on wam naprawdę przeszkadza? Okazało się, że na podłogę spadł pierścień od gitary. W końcu wykorzystaliśmy ten dźwięk w utworze… rzucając pierścień raz jeszcze.

W Ciechocinku działa mnóstwo świetnych zespołów. Skąd tyle muzyki w małym miasteczku?

– Ciechocinek ma swój potencjał. Swoje 30-lecie obchodzi Zdrowa Woda, zespół który zapoczątkował Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. W mieście działa wspaniały ośrodek „Sajgon”, z którego pochodzi zespół Skołowani. Początkowo grali amatorsko, a z czasem przyciągnęli do siebie muzyków wysokiego formatu. Jest też młodzież, stąd wywodzi się zespół Storytellers. I takie projekty jak Neskam Studio, czyli Łukasz Małecki i Witek Popiołek, którzy od lat wspierają nas w sprawach wizualnych. Mają niestandardowe podejście, nie są wypaczeni, wiele robią dla idei, a z tego powstają najfajniejsze rzeczy.

Co jest tego przyczyną? Nie wiem, może tężnie (śmiech). Na pewno ważne jest wspieranie takich inicjatyw przez Miejskie Centrum Kultury. W Bydgoszczy trudno znaleźć nawet salę prób, w Warszawie to prawie niemożliwe. Oczywiście wszystko można wynająć, ale jeśli zespół zaczyna, to skąd ma wziąć pieniądze na wynajem sali? W Ciechocinku MCK wspiera młode zespoły, co jest bardzo ważne, by mogły się rozwijać.

W Ciechocinku mamy więc świetne tradycje, potencjał twórczy i ludzi, którzy pokazują, że nie ma barier. To wszystko sprawia, że to miejsce jest bardzo przyjazne dla muzyki.

Co właściwie gra pARTyzant?

– Trudno to sklasyfikować. Chyba najbardziej podoba mi się stwierdzenie Irańczyków, którzy twierdzą, że gramy rock eksperymentalny. To dosyć szerokie pojęcie, ale wydaje się celne. Z kolei jeden z naszych ulubionych hip-hopowców, Bisz, powiedział że gramy rocka z przesłaniem. To też mi się podoba, bo, jak mówiłem, tekst jest integralną częścią naszego grania.

Wspomniałeś o Iranie, który nie kojarzy się z rockiem. Co to za historia?

– Mieliśmy ten zaszczyt, że zapisaliśmy się w historii tego kraju jako pierwszy zespół rockowy, który zagrał w prestiżowej hali Vahdat Hall w Teheranie. Do tej pory w tym miejscu występowali wykonawcy muzyki etnicznej. My zagraliśmy tam rock’n’rolla, i to po polsku. Skąd się to wzięło? Jeden z fanów mojego stylu gry, Farbod Farzami Pouya, chciał, żebym poprowadził w Teheranie warsztaty gitarowe. Od tego to się zaczęło. Rozmowy trwały ponad rok, w końcu znalazł osoby władne do zorganizowania koncertu, co w Iranie jest bardzo trudne, bo żeby tam wystąpić trzeba mieć pozwolenia. I to na każdy utwór, a nawet ich kolejność. A jeśli chodzi o Vahdat Hall, te pozwolenia jest bardzo trudno zdobyć.

Okazało się, że był to celny strzał, bo zainteresowanie przerodziło się w dwa koncerty. Jeden został wyprzedany w ciągu tygodnia, dlatego zarezerwowano halę po raz drugi i ten drugi koncert również wyprzedaliśmy. Zagraliśmy więc dwa koncerty, to było w kwietniu ubiegłego roku. Mamy trzyletni kontrakt, w kwietniu znów tam zagramy.

Mamy tam wspaniałą publiczność, bardzo wdzięczną. To publiczność mocno słuchająca, potrafią się wyciszyć, ale i zareagować. Więc sercem jesteśmy z Irańczykami. Trudno ludziom w to uwierzyć, nikomu się to nie udało i, póki co, jesteśmy jedynym zespołem rockowym, który tam gra.

Iran to zupełnie inna kultura. Czym dla nich jest muzyka, którą gracie?

– Oni tę muzykę znają, bo mają dostęp do internetu, choć ograniczony, i znają wykonawców. Ale jest to coś, czego oni fizycznie nie doświadczyli. My możemy sobie jeździć i oglądać koncerty, a żeby wyjechać z Iranu na jakiś koncert, to jest skomplikowana sprawa. My przywieźliśmy im po prostu rock’n’rolla. Więc na pewno przyszli tam na rocka. Po drugie, nasze występy traktujemy emocjonalnie. Okazało się, że wiele osób, które były na pierwszym koncercie, poszło na ten sam koncert następnego dnia. Dokupili bilety, żeby jeszcze raz zobaczyć to samo. Ale nie zobaczyli tego samego, bo zagraliśmy trochę inaczej. Po trzecie, oni bardzo lubią instrumenty na których gramy, gitarę i perkusję.

Nie traktujesz tych instrumentów jak wielu innych muzyków, robisz z nimi coś więcej. Skąd potrzeba szukania nowych form gry?

– Uwielbiam eksperymenty i improwizację. Jednym z pierwszych eksperymentatorów i improwizatorów, których poznałem, był Ryszard Riedel. Niewiele na koncertach mówił, ale gdy coś powiedział, coś zrobił, okazywało się, że było to ogromnie ważne i bez tego koncert by wiele stracił. Obserwowałem więc go, obserwowałem też Krzyśka Ścierańskiego, wspaniałego instrumentalistę i basistę.

Gitara elektryczna jest bardzo młodym instrumentem, to są lata 20., mamy więc góra stuletnią tradycję. Fortepian to 1711 rok, a ludzie wciąż szukają pomysłów, jak z niego wydobywać nowe emocje, dźwięki. Doszedłem więc do wniosku, że należy szukać. A że mam dar kreatywności, podobnie jak mój syn, postanowiliśmy nie szufladkować się i nie robić sobie żadnych barier. Te granice staramy się pokonywać w różny sposób. Dobrym przykładem jest Iran. Jeden z naszych utworów był emitowany przez CNN. To jest pewne pokonywanie granic i to utwierdza nas w przekonaniu, że warto szukać swojego stylu, swojego pomysłu na brzmienie, sposobu grania, by jak najlepiej wyrazić to, kim jesteśmy.


pARTyzant

Rodzinny duet ojca i syna, który tworzą Krzysztof Toczko (gitary, wokal) oraz Mikołaj Toczko (perkusja). Duet porusza się płynnie pomiędzy różnymi stylistykami, nie brakuje mocnych, rockowych riffów, bluesowych smaczków, humoru i zabawy przeplatanej zadumą. Ważnym, nieodzownym elementem koncertów jest interakcja z publicznością oraz nieskrępowana improwizacja. Najnowszą płytę pARTyzanta „Kenopsja” kupisz m.in. w serwisie nuplays.

Krzysztof Toczko

Początek swojej działalności artystycznej zawdzięcza grupie Dżem, z którą współpracuje do dziś, a w latach 1991-94 stale jej towarzyszył grając na akordeonie, harmonijce ustnej i gitarze (muzyk gości na sześciu wydawnictwach zespołu). Gitarzysta do perfekcji opanował trudną i widowiskową technikę tappingu oburęcznego, która umożliwia mu niezależne granie na dwóch gitarach jednocześnie.