W drodze do wód. Jak przed dwustu laty szykowano się na turnus

W XIX wieku stają się modne wyjazdy do „wód”, „zdrojów” i wszelkiego rodzaju „badów”. Bogaci jeżdżą do Karlsbadu, Biarritz, Nicei i Abacji, mniej zamożni zadowalają się skromniejszymi zdrojami, których na ziemiach polskich (szczególnie w Galicji) nie brak. Kuracjuszy zaprasza Krynica, Rymanów, Rabka, Szczawnica, Ciechocinek czy Nałęczów.

We wszystkich kurortach czas mija podobnie. Picie leczniczych źródeł podczas spaceru, posiłki przy wspólnym stole, gdzie nawiązywały się znajomości. Promenada na deptaku, koncert w muszli, w której orkiestra zdrojowa gra przeboje z modnych operetek. Wieczorem „reuniony” w Kurhausie. I tak przez 6 – 8 tygodni.

Kurort bardzo szykowny

„Moc kuracjuszy zjechała do Franzensbadu [obecnie Franciszkańskie Łaźnie w Czechach], toteż wszystkie hotele i pensjonaty były przepełnione, zaś przy źródłach tłok niesamowity – tak wspominał swój wyjazd do wód na początku XX wieku Antoni Kieniewicz w książce ‘Nad Prypecią dawno temu. Wspomnienia z zamierzchłej przeszłości’. – Na przechadzkach w parku można było spotkać rodziny z kubkami. W niedzielę z pobliskiego Eger zjeżdżało do Franzensbadu moc wojskowych, szykownych oficerów austriackich. Starali się zawrzeć znajomości z młodymi paniami. W parku wówczas przygrywała orkiestra wojskowa, wieczorem odbywały się tańce w kasynie. (…)

Pewnego dnia pojechaliśmy do położonego za Marienbadem Karlsbadu [obecnie Karlowe Vary] Kurort bardzo szykowny z elegancką publicznością, nawiedzany rok rocznie przez koronowane głowy. Wspaniałe hotele, przepiękne magazyny, przeważnie filie różnych pierwszorzędnych firm wiedeńskich. Kuracjusze w przeważającym procencie ród męski, i to starsi panowie, robiący wrażenie wielkich smakoszów, którym zalecona została dieta i kilkutygodniowa prawie głodówka popijali wytryskującą wysoko fontannę Szprudel w stanie wrzącym”.

Początki turystyki zdrowotnej

Ale zanim kuracjusz zasmakował kąpiele błotne i wody lecznicze, musiał zająć się przygotowaniem do wyjazdu, a przede wszystkim ustaleniem celu i terminu wyprawy. Drukowano już wtedy przewodniki. Najpopularniejsze były serie: niemieckie Baedekery i francuskie Les Guides Bleus. Kolejnym udogodnieniem stały się biura podróży, wśród nich najsłynniejsze – Thomasa Cooka, powstałe w 1841 r. Natomiast na ziemiach polskich do początku XX w. ukazało się drukiem niewiele przewodników. Dopiero w 1903 r. wydano nakładem Eugeniusza Starczewskiego w Warszawie „Podróżnik polski. Przewodnik po Europie”, który zawierał opis prawie całej Europy wraz z planami większych miast. Na wybór miejscowości kuracyjnej główny wpływ mieli lekarze, sąsiedzi czy znajomi. Zdarzało się, że w jednym kurorcie spotykali się mieszkańcy tego samego powiatu.

Od lat pięćdziesiątych XIX wieku podróże stały się mniej uciążliwe – pojawiła się przecież kolej. Dojazd do uzdrowisk szwajcarskich, włoskich, austro-węgierskich prowadził przez Kraków i Wiedeń. A na początku XX w. w sezonie zimowym można było już bezpośrednio dojechać z Warszawy do Cannes. Trzeba było jednak przekroczyć granicę Cesarstwa Rosyjskiego i Austriacko-Węgierskiego i poddać się drobiazgowej kontroli ze strony rosyjskiej.

Do polskich uzdrowisk w Galicji dojazd także nie był łatwy. Aby pod koniec XIX wieku dostać się do Krynicy, należało jechać pociągiem na Lwów do Tarnowa, a następnie w Tarnowie przesiąść się na pociąg do Leluchowa, którym dojeżdżało się tylko do Muszyny. Dalej do Krynicy dorożką. Pociąg do Krynicy zaczął kursować dopiero w 1911 r. Cała podróż z Krakowa do Krynicy trwała ponad 9 godzin. Dojazd do Szczawnicy czy Zakopanego był jeszcze gorszy. Do Zakopanego pociągi zaczęły kursować dopiero w 1899 r., a do Szczawnicy nie kursują do dzisiaj. Sama podróż koleją też nie była przyjemna. Nie znano wtedy jeszcze wagonów restauracyjnych, cały prowiant trzeba było brać ze sobą lub żywić się w bufetach dworcowych, co powodowało dłuższe postoje na stacjach. Wagony restauracyjne zaczęły funkcjonować na dłuższych trasach dopiero pod koniec XIX wieku.

Ówczesne pociągi składały się z lokomotywy, węglarki, z której palacz brał w czasie jazdy łopatą węgiel pod palenisko w lokomotywie, wagonu pocztowego, wreszcie wagonów osobowych klasy pierwszej, drugiej i trzeciej. Wagon klasy I miał przedziały, zwane jeszcze wówczas coupe, i mógł być zajęty przez całą rodzinę. Wagon klasy II nie zapewniał już takiej izolacji, ale i tutaj przedziały były wyściełane, przeznaczone najwyżej dla sześciu pasażerów. Wagony klasy III nie dzieliły się na przedziały, siedziało się tutaj na twardych ławkach. Drzwi znajdowały się po bokach każdego przedziału. Z peronu wchodziło się najpierw na stopień, biegnący wzdłuż całego wagonu, by uchwycić za klamkę i dostać się do wnętrza. Konduktor obsługujący pociąg przechodził z wagonu do wagonu po tym stopniu – jakby ławie z zewnątrz. W środku wagonu przy każdym oknie wisiał parciany pas, za pomocą którego można było opuścić szybę i przewietrzyć wnętrze. Trzeba było tylko uważać, aby kłęby dymu lub co gorsza iskry z lokomotywy nie wpadły do przedziału. Oświetlenie wagonu dawała lampa gazowa umieszczona pod sufitem. Nie było łatwo. Pół biedy, kiedy na czas podróży było miłe towarzystwo!

Wygoda i elegancja

Na koniec przystępowano do przygotowań ubioru stosownego do podróży, ekwipunku potrzebnego na czas przebywania w pociągu oraz garderoby niezbędnej do pobytu w kurorcie. W „Przewodniku Zakochanych” z 1903 r. radzono: „ubiór podróżny (do wagonu) powinien zalecać się wygodą w połączeniu z elegancją”. Dla panów najstosowniejszy był „wolny krój marynarki, pół-jasny w kratkę, do tego koszula kolorowa niekrochmalona z wykładanym męskim kołnierzykiem bez gorsu i mankietów. Czapeczka podróżna miękka, z tego samego materiału co ubiór”. Panie zaś najczęściej nosiły trencze i kostiumy angielskie, na głowę zakładały małe toczki lub berety. Rezygnowano z kapeluszy strojnych w kwiaty, pióra, ptaki, gdyż w trakcie podróży mogłyby ulec zniszczeniu. W przedziale kolejowym dama przeważnie nie zdejmowała kapelusza (wiadomo już, skąd te migreny). Bardzo praktyczna była woalka jako ochrona przed wiatrem, słońcem, kurzem. Suknie podróżne były z reguły krótsze niż normalne albo stosowano różnego rodzaju podpięcia. Sposobów na podpinanie sukien było wiele. Na rycinach z XIX wieku napotykamy różnego rodzaju tasiemki do podwiązywania, patki czy guziki. Na ubrania wybierano materiały gwarantujące komfort w podróży, np. tkaniny nieprzemakalne (ang. waterproof), w kolorach zgaszonej zieleni lub innych naturalnych. Przez cały XIX wiek w ubiorach podróżnych wyjątkowo chętnie stosowano tkaniny w kratę. Ich wielkim wielbicielem był książę Walii, późniejszy król Edward VII. To jemu dżentelmeni zawdzięczają wełnę w dyskretną kratę zwaną Prince de Galles (książę Walii). W ogóle jako wzór do naśladowania w podróży stawiano Anglików i wiele tkanin, akcesoriów podróżnych czy części ubioru nosiło nazwy zaczerpnięte z języka angielskiego.

Bagaż podróżny miał określoną pojemność i trzeba było ograniczyć się do zaledwie paru rzeczy, a mimo to pozostać modnym. Pół biedy z bagażem męskim. Ale też należało zabrać ubranie wizytowe i sportowe, czyli kraciastą marynarkę, pumpy, pończochy i sznurowane półbuciki. Sprawa komplikowała się z bagażem kobiecym. W owym czasie toaleta damska była strojna i różnorodna. Oprócz kostiumów i sukien na różne okazje, bielizny, obuwia, kapeluszy i parasolek należało zabrać stroje sportowe: do tenisa, jazdy na rowerze, wypraw w góry. Ten ostatni nie był szczególnie dobrze przystosowany do dalekich marszrut. W latach 90-tych XIX wieku bardzo wygodnym rozwiązaniem na wyprawy górskie były krótkie, pod kolanami związywane kalesony i spódnice spinane na bokach lub podnoszone na patkach. Na głowie turystki miały kapelusze w fasonie myśliwskim. Specyfiką mody górskiej w Zakopanem było używanie góralskich serdaków i ciupag zamiast wysokich lasek alpejskich. Damy udające się do kurortów nadmorskich musiały zadbać o wybór kostiumu kąpielowego. Z biegiem lat stawały się one coraz krótsze. Szyto je z tkanin bawełnianych, ozdabiano motywami marynarskimi.

Pełny wykaz ubiorów, które należało zabrać ze sobą na wyjazd zawarty jest w artykule Lucyny Ćwierczakiewiczowej z 1888 roku: „Trzy kostiumy, z których jeden powinien być strojniejszy na koncert, zebranie wieczorne lub tym podobne – czwarty – podróżny, który służy później na flagi lub dalsze wycieczki. Dwa z tych czterech powinny być zupełnie nowe, a wszystkie bardzo mało używane. Okrycie jedno cieplejsze, dwa lżejsze, z których jedno strojne, nowe, drugie, na flagę i do podróży może być dawniejsze”. Ważne były kapelusze. Do kurortów „Bluszcz” polecał słomiane, często wiązane pod brodą, np. w 1888 r. chętnie noszono kapelusze „Jokohama” z sitowia amerykańskiego. Buty odpowiednie na spacery, to „trzewiki angielskie, to jest sznurowane na kilka dziurek, jak obuwie wiejskich kobiet (…) z rozmaitej skórki”.

Z kufrem do uzdrowiska

Pakując się, nie można było zapomnieć o przyborach toaletowych. A do tego dochodziły jeszcze dla wybierających się do galicyjskich kurortów pościel czy garnki. Sama czynność pakowania wymagała niemałej zręczności oraz posiadania stosownych kufrów. W drugiej połowie XIX wieku produkowano je w wielu rozmiarach i typach. Były specjalne kufry na kapelusze, buty (z przegródkami, prawidłami, pokrowcami, pastami), z futerałami na broń i składaną wannę gumową (sic!). W produkcji kufrów specjalizowało się wiele firm. Najsłynniejsza z nich, istniejąca do dzisiaj, to firma „Louis Vuitton”. Wynalazkiem był kufer w formie szafy, który dotarł do Europy z Ameryki. W hotelach, szczególnie włoskich i szwajcarskich istniał zwyczaj naklejania na bagażach odjeżdżających gości nalepek reklamowych, np. z widokami danej miejscowości. Dla ówczesnych podróżnych nie istniał problem dźwigania bagażu. Kuframi zajmowała się służba, tragarze, personel hotelu. Jechały one w wagonie pocztowym. Zgubienie kufra zdarzało się bardzo rzadko. Oprócz kufrów używano też walizek ze skóry, fibry lub ceraty oraz neseserów. W końcu XIX wieku nesesery miały kształt sakwojaża i pakowano do niego niezbędne rzeczy na czas podróży, a więc: flakony, mydelniczki, lusterka, przybory do manicure, grzebyki, przybory do zapinania butów, wreszcie koszulę nocną, pantofle i peniuar. Panowie ograniczali się tylko do przyborów toaletowych i nieodzownego pledu w szkocką kratę.

Po uporaniu się z bagażami, biletami, po licznych pożegnaniach podróżni mogli usadowić się w przedziale i czekać na gwizdek zawiadowcy stacji. Wreszcie pociąg ruszał w drogę.

Izabela Gass