Sajgon uczy życia [WYWIAD]

– Kolega po skoku do wody kilka lat leżał w domu. W zasadzie się nie rusza, ma niewielki ruch w prawej ręce. A po obozie usamodzielnił się, w Sajgonie poznał dziewczynę, która była u nas pielęgniarką. Ożenił się, mają dziecko, skończył studia, mają firmę, która świetnie prosperuje. Z leżącej osoby stał się aktywny. Czego więcej trzeba? – mówi w rozmowie ze „Zdrojem” Jerzy Szymański z Centrum Niezależnego Życia „Sajgon”.

„Zdrój Ciechociński”: Zaczęło się od tragedii.

Jerzy Szymański: To było w 1984 roku. Na budowie, gdzie byłem kierownikiem, spadłem z dużej wysokości. I stało się, co się stało. Złamanie kręgosłupa z uszkodzeniem rdzenia kręgowego. Nieodwracalna historia i wiadomo, skończyło się wózkiem.

Złamany był nie tylko kręgosłup.

– Nie miałem żadnego pomysłu na życie. Pracowałem przecież na budowach, a wtedy nie było komputerów, internetu. Na szczęście w Zielonej Górze w stowarzyszeniu Grupa Aktywnej Rehabilitacji działał mój kolega. Przyjechał do mnie swoim samochodem, choć był na wózku. Przyszedł do mnie i pyta: długo masz zamiar tutaj siedzieć?

I ruszył się pan.

– Na początku nie mogłem uwierzyć, że tak można. Pojechałem na pierwszy obóz aktywnej rehabilitacji do Wrocławia. Pierwszy raz po wypadku wszedłem do basenu, nauczyłem się jeździć na wózku. Potem kolejne obozy, kolejne ośrodki, aż przyjechaliśmy do Ciechocinka. Wtedy jeszcze nikogo tu nie znałem, ale jeden z kolegów skontaktował nas z Markiem Modrzejewskim, wówczas instruktorem oświaty, który powiedział nam o opuszczonym budynku. Kiedyś należał do zakonnic, później był tam dom dziecka i zakład doskonalenia zawodowego. Zakonnice tę działkę odzyskały i nie miały na to pomysłu ani pieniędzy na remont. Poszliśmy tam z Markiem i jeden z nas, do tej pory się kłócimy kto, powiedział: ale sajgon! I tak zostało.

Została nazwa, ale wszystko inne się zmieniło.

– Na początku zakonnice pozwoliły nam tam być za jakąś niewielką opłatą, ale cały czas nas namawiały, żeby ten budynek odkupić. Pojechaliśmy do siostry generalnej tego zakonu do Poznania, zaczęły się negocjacje, szukaliśmy pieniędzy. I znaleźliśmy, w Państwowym Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Wtedy jeszcze cały fundusz to było kilka osób w Warszawie. A prezes mówi nam: „chłopaki, podoba mi się, co chcecie robić, dostaniecie pieniądze na wykupienie działki i podstawowe remonty, żebyście mogli zacząć w ogóle coś robić”.

Początek lat 90., gospodarka w gruzach, a znalazły się pieniądze na rehabilitację osób z niepełnosprawnościami?

– Zimą Sajgon był nieogrzewany i siedzieliśmy tam z Krzyśkiem Sieradzkim z jakąś farelką. Przyjechały panie z Warszawy, żeby to zobaczyć. Jak im zrobiliśmy herbatę, po chwili była lodowata. Ale chyba to je przekonało. Powiedziały, że porywamy się z motyką na słońce, ale takiej inicjatywie trzeba pomóc.

I pomoc nadeszła.

– Zaczęliśmy remonty i jeszcze w ich trakcie zorganizowaliśmy pierwszy obóz aktywnej rehabilitacji. Choć nie mieliśmy nic, nawet łóżek. Od przyjaciół dostaliśmy trochę sprzętu i wyposażenia, ale i tak uczestnicy pierwszego Obozu Aktywnej Rehabilitacji zakwaterowani byli w sanatorium „Łączność”.

Nie byłoby Sajgonu, gdyby nie Grupa Aktywnej Rehabilitacji.

– Dzięki temu ruchowi w ogóle się poznaliśmy. Stowarzyszenie w tym czasie robiło wspaniałą robotę dla osób po urazie rdzenia kręgowego. My poczuliśmy jednak, że jest już nam za ciasno. Stowarzyszenie GAR nie miało stacjonarnego ośrodka, a nam się wymarzyło, by robić coś u siebie i trochę inaczej. I nie ograniczać się do osób po urazach rdzenia kręgowego. Chcieliśmy pomagać też osobom po amputacjach, chorobach neurologicznych, stwardnieniu rozsianym, wylewach czy niepełnosprawnościach sprzężonych. Otworzyliśmy się na dzieci z dysfunkcjami intelektualnymi w połączeniu z ruchowymi, szczególnie z dziecięcym porażeniem mózgowym.

Czym jest aktywna rehabilitacja?

– Całą odpowiedzialność za proces rehabilitacji ponosi beneficjent, osoba, która chce się usprawnić. My dajemy wędkę, pokazujemy na własnym przykładzie. Instruktor na wózku jest wiarygodnym przykładem, tak zwanym doradcą rówieśniczym, ale nie w sensie wieku, ale pozycji i doświadczenia. Sam potrafi więcej, czegoś się nauczył i może przekazać swoją wiedzę.

Sama idea przyjechała do nas ze Szwecji w latach 80. Szwedzi przyjechali na obóz aktywnej rehabilitacji w Lublinie. Własnymi samochodami, a były to osoby z czterokończynowym porażeniem. Wtedy zobaczyliśmy pierwszy raz przystosowane samochody i lekkie wózki aktywne, a nie szpitalne kolubryny. Nauczyli nas mnóstwa rzeczy, choć szybko im dorównaliśmy. Szwedzi pokazali technikę jazdy po schodach tyłem, a Krzysiek Sieradzki opracował własną metodę jazdy przodem, o wiele bezpieczniejszą.

Pokonywaliście bariery.

– Nie chcemy, żeby każda osoba z niepełnosprawnością była postrzegana jako „sierota” życiowa, nieudacznik, ktoś żyjący na czyimś garnuszku. W każdym środowisku są osoby aktywne, które sobie radzą i ci, którzy nie mają siły do samorealizacji. Podobnie jest w środowisku osób z dysfunkcjami. Nasz model rehabilitacji zakłada, że to ty musisz dostosować się do świata, w którym żyjesz. Nie możemy czekać, aż nam wszystko dostosują, że będzie jak w Szwecji. Póki co żyjemy w Polsce i realia są, jakie są. A jeśli chcesz być aktywny, pracować, coś zobaczyć, realizować się, trzeba się do środowiska przekonać i nauczyć się w nim żyć. Dlatego krytykujemy wszelkie zachowania roszczeniowe. Jeśli napotykamy przeszkodę i wiemy, że da się ją pokonać, robimy wszystko, by skorzystać z pomocy ludzkiej. Bo nie ma wstydu poprosić: „przepraszam bardzo, czy może pan, pani mi pomóc? Bo nie mogę sobie poradzić”.

Wstyd musicie często przełamywać.

– Mówimy o wszystkim. Przełamujemy tematy tabu. Dla młodego niepełnosprawnego człowieka wielkim problemem jest choćby seks i prokreacja. W szpitalach o tym się nie mówi, a nawet jeśli jest psycholog, żaden podejrzewam nie ma wielkiej wiedzy na temat seksu osób po urazie rdzenia kręgowego. A o tym trzeba mówić. Są różne metody wspomagania, cały program in vitro. Jeśli ktoś ma ochotę zostać rodzicem, jest to możliwe. To są bardzo ważne rzeczy, o których mówimy na naszych obozach. Kolejny problem to profilaktyka przeciwodleżynowa. Jaka odzież, jakie zaopatrzenie, poduszka, materac. Higiena, bo bez tego nie można funkcjonować.

Innymi słowy w Sajgonie traktujecie osoby z niepełnosprawnościami po prostu jak zwyczajnych ludzi.

– Tak traktujemy, ale też wymagamy. Nie ma żadnej taryfy ulgowej. Czasami niezbędna jest terapia wstrząsowa, ale to daje efekty. Kiedyś przyjechał do nas chłopak z czterokończynowym porażeniem, tetraplegik. Kolega uczył go samodzielnego ubierania spodni i późnym wieczorem, po kilku godzinach, wreszcie je naciągnął. Zadowolony, że już po wszystkim, usłyszał, że teraz będzie się uczył ściągania spodni. Płakał, wyzywał, mówił, że zadzwoni do domu. Kiedy wyjeżdżał z Sajgonu, też płakał, ale już z zupełnie innego powodu. Bo przez dwa tygodnie nauczył się więcej, niż wcześniej przez całe lata w domu.

Inny przykład. Kolega po skoku do wody kilka lat leżał w domu. Rodzice lekarze dbali o to, żeby miał wszystko. Problem w tym, że nic nie robił, tylko leżał. Jakimś sposobem udało mi się namówić rodziców, żeby wysłali syna do sanatorium. Trafił do Ciechocinka. Dowiedział się o Sajgonie i tak go poznaliśmy. On w zasadzie się nie rusza, ma niewielki ruch w prawej ręce. A po obozie usamodzielnił się, w Sajgonie poznał dziewczynę, która pracowała w naszym ośrodku. Ożenił się, mają dziecko, skończył studia w Sajgonie, mają firmę, która świetnie prosperuje. Z leżącej osoby stał się aktywny. Czego więcej trzeba?

W Sajgonie można było skończyć studia?

– We współpracy z ówczesną Wyższą Szkołą Humanistyczno-Ekonomiczną we Włocławku prowadziliśmy studia pedagogiczne na poziomie licencjatu, które można było później kontynuować na UMK jako studia magisterskie. Przewinęło się kilka roczników. Do południa rehabilitacja, po południu przyjeżdżali wykładowcy i normalnie odbywały się zajęcia. Specjalny program opracowany przez prof. Teresę Sołtysiak z Bydgoszczy musiało zaakceptować ministerstwo. Dzięki temu kilkadziesiąt osób z dysfunkcjami skończyło studia w Sajgonie. Taka ciechocińska Alma Mater.

Wiele innych inicjatyw Sajgonu tak mocno wrosło w miasto, że często zapominamy, że ich początek bierze się właśnie u was.

– W tych wszystkich imprezach, Biegu Solnym, Prezentacjach Artystycznych, Happy Jazz Festiwalu, chodzi o to, żeby pokazać, że osoby z niepełnosprawnościami mają marzenia, pasje, mają coś do przekazania. Ale nie w getcie, w jakiejś zamkniętej przestrzeni, ale w otwartej imprezie, gdzie prócz artystów z niepełnosprawnościami na tej samej scenie występują osoby w pełni sprawne.

I dobrze, że miasto dostrzega tę chęć współpracy z Sajgonem. Sam fakt, że siedzimy tu, w biurze pełnomocnika burmistrza ds. osób niepełnosprawnych, świadczy o tym, że ciechociński samorząd jest otwarty i skłonny do współpracy. Nie jestem pierwszym pełnomocnikiem, przed mną była Danusia Adamska, a więc już w latach 80. ówczesne władze Ciechocinka stwierdziły, że ktoś w urzędzie powinien być za to odpowiedzialny.

Czym zajmuje się pełnomocnik?

– To takie miejsce, gdzie każdy może przyjść i w miarę moich możliwości staram się pomagać. Pozyskiwanie dotacji na zakup sprzętu rehabilitacyjnego i pomocniczego, pomoc w uzyskaniu dofinansowania na łamanie barier architektonicznych i technicznych. Siadam z ludźmi i wypełniam z nimi wnioski, pokazuję różne możliwości. Bo choć wszystko jest niby w internecie, ludzie są zagubieni.

Jak zmieniła się sytuacja osób z niepełnosprawnościami przez te 25 lat?

– Zaszła ogromna zmiana. Kiedyś osób z niepełnosprawnościami nie było widać na ulicach, bo nie mieli się na czym poruszać. Nie było sprzętu, samochód to było marzenie. A teraz za parę tysięcy można kupić auto i odpowiednio je dostosować. Praktycznie każdy może jeździć. Nasz kolega Mirek Pawłowski mówił o tym w jednym z programów Anny Dymnej. Mieszka w bloku w Katowicach, kiedy 20 lat temu wsiadał z wózka do samochodu, wszystkie dzieci na podwórku stały i patrzyły, co robi. Dziś niepełnosprawny w aucie nie jest już żadną sensacją. Czyli nowe pokolenie inaczej to wszystko postrzega.

Co zostało do zrobienia?

– My żyjemy w uzdrowisku, gdzie trudno na cokolwiek narzekać, podobnie jest w dużych miastach. Ale w Polsce gminnej jest dużo do zrobienia. Dlatego chcemy zaszczepić w osobach, które do nas przyjeżdżają, żeby bardziej udzielały się tam, u siebie. Żeby działali w swoim środowisku i tam zmieniali rzeczywistość.


Centrum Niezależnego Życia „Sajgon” powstało głównie z myślą o osobach po urazie rdzenia kręgowego, poruszających się na wózkach inwalidzkich na skutek doznanych wypadków, urazów lub chorób przewlekłych.

Idea powstania Centrum miała swój początek w roku 1989. Najbardziej aktywni instruktorzy wywodzący się z ruchu Aktywnej Rehabilitacji postanowili utworzyć ośrodek stacjonarny, w którym rewalidacja osób z niepełnosprawnościami prowadzona byłaby w trzech podstawowych płaszczyznach – fizycznej, psychicznej i społecznej. Płaszczyzny te są obecne we wszystkich proponowanych w Centrum formach usprawniania, prowadzących do osiągnięcia niezależności życiowej. Do tej niezależności prowadzi również możliwość uprawiania sportu, który wspomaga proces usprawniania, zapewnia lepsze samopoczucie i buduje pozytywne postawy społeczne.

Centrum Niezależnego Życia uświadamia osobom z niepełnosprawnościami, że żyjąc w społeczeństwie, mimo koniecznego wysiłku, należy się do społeczeństwa zbliżyć.

Do roku 1993 program rehabilitacji osób niepełnosprawnych, głównie po urazach rdzenia kręgowego, realizowany był w użyczonych na czas turnusów ośrodkach specjalistycznych. Od 1999 roku Stowarzyszenie Centrum Niezależnego Życia realizuje program samopomocowy „Niezależne Życie”. W Centrum, znanym wcześniej pod nazwą Ośrodek Szkolenia Pourazowego i Wolontariatu, przez cały rok odbywają się dwutygodniowe turnusy rehabilitacyjne dla osób niepełnosprawnych ich rodzin oraz opiekunów. Przez 25 lat istnienia Centrum turnusach wzięło udział ok. 6 tys. osób, kolejne kilka tysięcy wzięło udział w innych programach czy skorzystało z poradnictwa.

W Centrum Niezależnego Życia organizowane były też Warsztaty ratownictwa pourazowego, Podczas których Funkcjonariuszom Państwowej Straży Pożarnej przekazywana była teoretyczna i praktyczna wiedza dotycząca udzielania pierwszej pomocy oraz prowadzenia ewakuacji osób niepełnosprawnych.